Rozdział II część I



„Czekaliśmy i czekaliśmy. Wszyscy.
Czy ten łapiduch nie wie, że od czekania ludziom odbija szajba?
Ludzie czekają przez całe życie.
Czekają na lepsze czasy, czekają na śmierć”



~Charles Bukowski




               Polerowanie potężnych, mosiężnych ram nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, że te ramy posiadały miliardy zakamarków po brzegi wypełnionych kurzem.
  • No, królu Ludwiku IV, teraz jesteś czyściutki. - z satysfakcją zatarła ręce.
                Mięśnie bolały ją przy każdym ruchu, rozmasowała sobie szyję i skierowała się do pokoju. Kroki odbijały się echem w długim, ciemnym korytarzu, jarzeniówki wydawały z siebie wysoki, nieprzyjemny pomruk. Dzień zmierzał ku końcowi a czekało ją jeszcze wypracowanie na szesnaście tysięcy słów, które musiała oddać w przyszłym tygodniu.

* * *

                 Elektroniczny zegar wskazywał kilkanaście minut po północy, a ona dopiero zabierała się za swoją pracę. Pani Smarteye siedziała przy komputerze i uzupełniała karty biblioteczne. Była młodą, miłą kobietą, skłonną do naginania zasad dla uczniów. Cieszyła się sympatią zarówno młodzieży jak i pedagogów.
  • Ciężka praca domowa? - zagadnęła Canadę.
  • Mhm. Wymienić i opisać dziesięć wad prawa Ery Wielkich Wojen, szczególną uwagę zwrócić na dwudziesty i dwudziesty siódmy wiek. Szesnaście tysięcy słów. - ziewnęła przeciągle.
  • Ach, to ty jesteś jedną z tych dziewczyn.
  • Jakich dziewczyn? - brew blondynki uniosła się pod sam sufit. Nie miała pojęcia o co chodzi.
  • Tą, która zwiała – rzekła bez cienia gniewu, albo pogardy, była raczej zafascynowana.
  • Tak, to ja. - oblała się rumieńcem i spuściła głowę.
  • Nie masz się co wstydzić. - kobieta wstała, wzięła białą, porcelanową filiżankę i usiadła przy stoliku Canady. - Trzymają was tutaj jak w jakiejś klatce, nie popieram takiego traktowania młodzieży. Powinniście mieć więcej swobody. Pokazałyście im, że nie są nieomylni i może teraz wzmocnią straż. Wiesz, wielokrotnie im o tym wspominałam, ale ja się nie liczę, jestem tylko drugorzędną pracownicą.
  • Dziękuję za... wsparcie.
               Bibliotekarka położyła swoją smukłą, bladą i bardzo delikatną dłoń na dłoni Canady i uśmiechnęła się serdecznie.
  • Jeśli chcesz, możesz posiedzieć tu jeszcze trochę. Jutro sprawa będzie świeża, więc nie unikniesz ciekawskich spojrzeń i szeptów za plecami, ale kiedy minie parę dni, wszystko ucichnie, zobaczysz. Może masz ochotę na kawę?
  • Nie, zaraz pójdę, muszę się położyć.
              Kobieta odsunęła rękę i wróciła na swoje stałe miejsce. Wydawała się nieco urażona.
              Canada wzięła kilka opasłych tomiszczy i, na odchodne, zerknęła przez ramię na bibliotekarkę.
  • Jeszcze raz dziękuję, pani Smarteye. Jest pani najwspanialszym pracownikiem EUI. W ogóle najwspanialszym pracownikiem Wyspy Ino. Może i świata.
  • Idź już, dziecko. Jest bardzo późno. Wyśpij się – odparła, a jej twarz rozpromieniła się.
               Po drodze wstąpiła do Cracovii, by przeprosić ją za wszystko. Czuła, jak jej dusza ugina się pod balastem winy. Kiedy jednak chciała wyrazić skruchę, przyjaciółka rzuciła jej się w ramiona, nie była zła, ani trochę.
               Siedząc po ciemku, delektując się opakowaniem czekoladek, rozmawiały o sprawach nieistotnych, próbując napisać choć jedno sensowne zdanie na temat prawa, które obowiązywało tysiąc lat temu. Około trzeciej nad ranem usłyszały ciche pukanie do drzwi. Canada wskoczyła pod łóżko, nie mogła zostać nakryta na łamaniu regulaminu po raz drugi, Cracovia, mierzwiąc włosy i narzucając szlafrok, otworzyła drzwi, udając wyrwaną ze snu. Wbrew oczekiwaniom, nie ujrzała za nimi ani strażnika, ani nauczyciela, ale Jeffa, którego włosy sterczały na miliard różnych stron.
  • Cześć – uśmiechnął się ciepło, ale mina zaraz mu zrzedła. - Chciałem porozmawiać. Czy Can tu jest? Byłem u niej, ale nikogo nie zostałem.
  • Tak. Wejdź.
               Canada wyczołgała się z kryjówki i usiadła na łóżku, nogi schowała pod kołdrą. Nie odezwała się do Jeffa. Z jakiegoś powodu czuła się zdradzona. Jemu się upiekło, one musiały odpokutować wybryk.
  • Chciałem was przeprosić – głośno przełknął ślinę, był mocno spięty.
  • Świetnie. To wszystko? Bo jeśli tak, to wyjdź, właśnie robimy karne zadanie, którego ty nie dostałeś... - odparła blondynka tonem zimnym jak lód.
               W dziwny sposób zabolała go jej uwaga. Choć jej zdanie nie liczyło się ani trochę. Przynajmniej do tej pory.
  • Przyznam się. Jeśli uważacie to za konieczne, powiem im wszystko.
  • Wypchaj się, Jeff! Udajesz bohatera? Trzeba było nas tam wtedy nie zostawiać!
               Zdusiła w sobie chęć krzyku, on wcale nie miał takiego zamiaru.
  • Czego ode mnie oczekujesz?! Myślałem, że się uda – wrzasnął.
               Nie uraczyła go nawet spojrzeniem. Jej uwagę zajęła teraz tapeta w krwistoczerwone róże. Usłyszała trzask. Zniknął. Wbrew wszelkim jej oczekiwaniom - zniknął.
  • Ale się nie udało – szepnęła. - Nie udało się.
               Noc minęła szybko, a wypełniony chaosem świt odwrócił wszystko do góry nogami, jak kamień, który zmienia bieg rzeki. Stukot obcasów i piski nie były normalne, jeśli działy się, kiedy zaspane słońce, wciąż nie ukazało pełni swej okazałości. A jednak, tego dnia, nikt nikogo nie uspokajał i nie przywoływał do porządku. Wzbudziło to niepokój w sercu Cracovii. Obudziła przyjaciółkę i razem, wciąż we flanelowych piżamach, okryte jedynie szlafrokami, podążyły za hałasami. Mijały stada rozemocjonowanych nastolatków, przekazujących sobie jakieś informacje i wymachujących przy tym rękoma. 
              Wyszły z budynku – świat wciąż spowijała leniwa mgiełka. W kapciach było im naprawdę zimno, ale nie zważając na to, wypatrywały jakiegoś szczególnego znaku. Parlament, piękny i okazały budynek, przyozdobiony mnóstwem płaskorzeźb, rzygaczy oraz kolumn, z pozłacanymi ramami wokół łukowatych okien, składający się z trzech prostokątnych, czteropiętrowych budynków i dziewięciu wysokich wież – na cześć dziewięciu cywilizowanych kontynentów, wyglądał teraz jakoś inaczej. Przyozdobiony został w jasnoczerwony kleks, pod samym dachem. Z daleka plama była obła, ale nabierała kształtu, kiedy podeszło się bliżej. Dziewczyny musiały stanąć prawie pod samym gmachem, żeby móc dostrzec, że tak naprawdę, szkarłatna farba układa się w napis: Czas zacząć rewolucję.
  • To chyba jakiś żart – westchnęła zdezorientowana blondynka.
  • Nie wiem jak tobie, ale mnie wcale nie jest do śmiechu – wychrypiała Cracovia.
               Poczuła, że nogi ma jak z waty. Lodowate powietrze przesycone wonią świerków, które zajmowały większość ogrodów przed Parlamentem, wżerało się w jej ciało jak kwas, sprawiając ostry, szczypiący ból.
  • Chodźmy już, zimno mi. - pociągnęła nosem, jakby na potwierdzenie własnych słów.

* * *
              Wbiegła na trzecie piętro, rozejrzała się po korytarzu. Nie dostrzegłszy nikogo – uniosła porcelanową donicę z różami i wyjęła spod niej klucz. Chciała dostać się do pokoju, lecz nie mogła go przekręcić. Jeszcze raz spojrzała na tablicę z nazwiskiem Fanningam i nacisnęła klamkę.
  • Czyżbym nie zamknęła na klucz? - zmarszczyła czoło, kiedy drzwi się uchyliły.
               Nigdy wcześniej o tym nie zapomniała. Kiedyś musi być ten pierwszy raz – pomyślała.
              W maleńkim przedpokoju zdjęła nakrycie wierzchnie i mechanicznie rzuciła je na łóżko, nawet nie patrząc w tamtą stronę. Rozpięła guzik pidżamy, chcąc uczynić to samo z pozostałymi, jednak powstrzymał ją niski, chrypliwy głos, przytłumiony przez jej szlafrok.
  • Proszę się nie rozbierać! - dobrze zbudowany mężczyzna strząsnął z głowy jej ubranie i jednym susem znalazł się przy niej.
              Canada wybuchnęła śmiechem na widok jego przerażonej miny, lecz po chwili, zauważywszy służbowy mundur i odznaki, zdała sobie sprawę, że nie znalazł się przypadkowo w jej pokoju.
  • Co pan tu robi, panie...
  • Mazowiecki – przerwał jej.
  • Właśnie, panie Mazowiecki. Coś się stało?
  • Informowanie pani nie leży w moich kompetencjach. Mam za zadanie..
  • Podglądać przebierające się dziewczyny? - teraz ona nie dała mu skończyć.
  • Doprowadzić panienkę do gabinetu dyrektorki – odrzekł surowo, ale na jego twarz wpełzł tłumiony uśmieszek. - I przypominam, że to pani chciała roznegliżować się na moich oczach, panienko Fanningam, i jeśli była to forma przekupstwa, to chyba powinienem kogoś o tym zawiadomić.
  • Zrobimy tak, panie Mazowski, pan da mi chwilę, żebym mogła się odświeżyć, tak .. - spojrzała na zegar – góra pół godziny, a ja nikomu nie wspomnę o tym wydarzeniu.
  • Mazowiecki. I nie zamierzam wchodzić z panienką w żadne układy.
               Delikatnie złapał ją za łokieć i poprowadził w kierunku wyjścia. Jednak Canada uchyliła się w ostatniej chwili i wyśliznęła z objęć strażnika. Dobiegła do łazienki, szarpnęła za klamkę, ale Mazowiecki był szybki i zdążył złapać ją z drugiej strony. Siłowali się przez chwilę, a kiedy blondynka zrozumiała, że nie ma szans z rosłym mężczyzną, pisnęła cichutko.
  • Proszę! Błagam! Ja tylko chcę wziąć krótki prysznic!
               Mężczyzna westchnął i potarł twarz dłonią.
  • Dziesięć minut.
  • Jest pan najlepszym strażnikiem na świecie - krzyknęła przez zamknięte drzwi i weszła pod prysznic.

* * *


                Atmosfera w gabinecie była co najmniej przygnębiająca. Dyrektorka siedziała na krześle, oparta o oparcie, z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę. Jej oczy ziały pustką. Co chwila zerkała na zegarek i drzwi, wydawało się, że na kogoś czeka. Cracovia stała pod ścianą, nieświadoma niczego. Pytała już tysiąc razy, o powód wizyty, ale odpowiadała jej tylko głucha cisza.
               Drzwi uchyliły się lekko, wszedł wysoki mężczyzna, o przydługich, fioletowych włosach i dużych piwnych oczach. Wyczekująco spojrzał na panią Malchance, która skinęła głową. Do pokoju weszła Canada, świeża, epatująca dobrą energią, jak zwykle wesoła.
  • Punktualność nie jest twoją mocną cechą, Fanningam! - zaczęła dyrektorka, siląc się na ostry ton, przez który przebijało się zmęczenie.
             Canada zamrugała ze zdziwieniem i usiadła na parapecie.
  • No cóż, jeśli jest się takim tajemniczym, nie należy oczekiwać punktualności. Nie wiem o co chodzi, więc jak mam traktować panią poważnie? - odparła dość pewnie, co tylko spotęgowało złość pani Malchance.
  • Szacunek też nią nie jest. Ani lojalność. - Rzuciła książką o ścianę i energicznie wstała z miejsca.
             Cracovia odsunęła się od ściany, Canada wyprostowała się nagle i cwany uśmieszek spełzł z jej twarzy.
  • Słucham?
  • Zostałyście oskarżone o zdradę. 

5 komentarzy:

  1. Dopiero skończyłam czytać wszystkie rozdziały.. Proszę Cię napisz ciąg dalszy... Uwierz mi, piszesz świetnie! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piszesz bardzo fajnie, aż miło się czyta! Cóż, widzę że Cracovia i Canada wplątały się w większe tarapaty niż myślałam. Zdrada to poważny zarzut mam nadzieję, że uda im się jakoś z tego wyplątać. Nie do końca wiem o coc chodzi z tą rewolucją, ale przeczytam poprzednie rozdziały, to może dowiem się czegoś więcej ;) http://fairytaledreamcloudeen.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam, przepraszam, przepraszam!!!
    Ostatnio mam naprawdę masę rzeczy na głowie i ciężko z czasem wyrobić:(
    Pani Smarteye wydaje się być naprawdę bardzo miłą kobietą, podniosła na duchu Canadę i chyba pomogła jej w pewien sposób się rozluźnić.
    Mam rażenie, podobnie jak Canada, ze to jedyna normalna nauczycieka w szkole. Dyrektorka ewidentnie nie jest zachwycona próbą ucieczki, a raczej wyjścia na zewnątrz, Nie sądziłam, ze padną aż tak poważne oskarżenia, ciekawe jakie poniosą konsekwencje.
    http://nim-ci-zaufam.blogspot.com/
    zapraszam na nowy rozdział

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zapraszam do siebie na nowy rozdzial;)

      Usuń
    2. Haaaloooo to znów ja, mam nadzieję, że nie porzuciłaś pisania i lada moment coś dodasz, pozdrawiam i zapraszam na nowy u mnie

      Usuń