Zacisnęła powieki, w
duchu modląc się o cud. Sekundy dłużyły się jej jak godziny, a
głos, który usłyszała przyniósł ulgę.
- Jeff, zabiję cię! - ryknęła zszokowana Canada.
Via natychmiastowo
otworzyła oczy, skonsternowana tak samo jak przyjaciółka,
ujrzała przed sobą wysokiego, szczupłego chłopca, którego
burza ciemnych loków opadała na śniade czoło i duże,
szmaragdowe oczy. Trochę zbyt mocno zarysowana szczęka i perkaty
nos stanowiły o tym, że nie uchodził za klasycznie pięknego,
wciąż jednak mógł poszczycić się tytułem całkiem
przystojnego gościa, który nadała mu w ósmej
klasie. Can zdecydowanie nie zgadzała się z tą opinią,
wolała nazywać go idiotą lub po prostu Jeffiutem.
- Też się cieszę, że cię widzę – rzucił nonszalancko – cześć Via! - dodał po chwili ze szczerym uśmiechem.
- Co ty tu robisz?! - warknęła ze złością blondynka.
Podrapał się po
głowie, szukając odpowiedzi, po chwili jednak z rezygnacją opuścił
ręce.
- No.. śledziłem was – odrzekł szczerze, ale widząc minę Canady dodał pospiesznie: - słuchaj, miałem swoje powody.
Dziewczyna zbliżała
się do niego, gotowa w każdej chwili rzucić się z pięściami.
Wściekłość, którą potęgował fakt, iż od szóstego
roku życia byli największymi wrogami, wstrząsała jej ciałem,
czerwieniąc przy tym policzki.
- Can, ciszej, nie zwracajmy na siebie uwagi! - Via stanęła między blondynką, a chłopakiem, próbując załagodzić sytuację. Iskry w powietrzu były prawie namacalne.
Canada przygryzła
wargę, trybiki w jej głowie pracowały jak szalone, kalkulując, na
jak wiele może sobie pozwolić. Ostatecznie włożyła dłonie do
kieszeni i zrezygnowana pomaszerowała naprzód, nie przejmując
się brakiem szlaku.
W końcu, po
nadłożeniu kilku kilometrów i zatoczeniu koła co najmniej
trzy razy, jakoś dotarli do szosy, nad którą biegł
transport miejski.
Odnaleźli czerwoną
błyszczącą skrzynkę, nie większą niż pudełko po lodach, która
stała smętnie na długim, czarnym trzoneczku. Via wygrzebała z
torby kilka żetonów i wrzuciła je do skarbony równocześnie
pociągając dźwignię. Coś skrzypnęło i jeden z wagoników
wysoko nad ziemią, opuścił platformę i równo po odczekaniu
czterdziestu pięciu sekund wciągnął ją z powrotem. Na panelu
wyświetliła się mapka Wyspy Ino, dziewczyna wpisała współrzędne
celu i pojazd ruszył z cichym piskiem.
Zapach miasta był dla
niej całkiem obcy: mieszanina spalin, dymu, czegoś gorzkiego i
potu; uboga kolorystyka także nie przypadła jej do gustu, wszędzie
widziała tylko metal, szarą cegłę i szkło. Kiedy przechodziła
przez ulicę, która nawet o szóstej rano była
ruchliwa, pomyślała, że mieszczuchy nigdy nie śpią. Pracują
całe dnie i noce. Co innego na wsiach, które stanowiły
prawie dziewięćdziesiąt procent kontynentu i, na których
spędziła całe swoje życie. Tam dominowało poczucie spokoju oraz
intymności, obolałe ręce z wielkimi pęcherzami symbolizowały
chleb, bo zasługiwał na niego każdy kto ciężko pracował. Za to
malin HC136p było pod dostatkiem i dzieci podjadały je, prażąc
się w słońcu. Właściwie wszystkiego, co nie nadawało się do
transportu, ani na przetwory (takie rośliny oznaczało się literami
od o – z) było równo dzielone pomiędzy wieśniaków.
Tu było jakoś inaczej, wieżowce przysłaniały niebo, a pieniądze
– sumienie. Ludzie nęcili, mamili, składali fałszywe obietnice,
wszystko po to, aby choć trochę się wzbogacić. Oczywiście, o
oficjalnych kradzieżach nie mogło być mowy, złodziejów,
tak samo jak wszystkich przestępców, wysyłano na Nienazwany
Kontynent, który był czymś w rodzaju dzikiej wyspy,
pełnej szablozębnych tygrysów i różnych odmian
grypy; właściwie to zesłanie stanowiło niewypowiedzianą karę
śmierci. Tylko zwyrodnialcy, którzy popełnili jeden z czynów
niewybaczalnych, np. kanibalizm, mogli zostać ścięci lub
powieszeni.
Wysiedli przed
ogromnym wieżowcem, lśniącym w świetle wchodzącego słońca.
Świt był zimny i popielaty, wiatr rozwiewał im włosy i wciskał
się nawet w najmniejsze szczeliny w ubraniach.
Dziewięćdziesięcio-piętrowy
budynek dumnie górował nad całą dzielnicą, rzucając
ogromny cień na plac, mieszczący się przed nim.
- A więc idziemy po sukienkę? - uściślił Jeff.
Blondynka spojrzała
na niego z pogardą i mruknęła pod nosem idiota,
wyprzedzając go z dumnie zadartą głową.
Nacisnęła guzik ze
swoim nazwiskiem, rozległ się pisk i na ekranie wyświetliła się
zaspana pani Fanningam. Choć była już dobrze po pięćdziesiątce,
nie wyglądała starzej niż Canada. Dzięki licznym operacjom
plastycznym i drogim kremom, na jej twarzy nie pojawiła się ani
jedna zmarszczka. Duże ciemne oczy, takie same jak u córki,
otaczała gęsta zasłona rzęs, długie łukowate brwi, zgodnie z
obowiązującymi trendami, sięgały aż do skroni. Niebieskie włosy
kaskadami opadały na ramiona. Otworzyła wydatne usta i przez chwilę
wpatrywała się w twarze nastolatków.
- Canada, co ty tu robisz? - rzekła dość chłodno.
- Wszystko ci wyjaśnię, mamo...
- Jersey, Cracovia, wy nie w szkole? Chwila... Jersey? Co on tu robi? Pamiętam doskonale, jak mówiłaś, że to palant.- pani Fanningam była kobietą prostolinijną i często mówiła wszystko, co ślina przyniosła jej na język. Zdecydowanie brakowało jej powściągliwości, mimo iż należała do jednej z najwyższych klas. Wżeniła się w rodzinę lekarzy, ale w głębi duszy pozostawała tylko ekspedientką sklepu z warzywami, którą była, nim poznała pana Fanningama.
- Będziemy rozmawiały przez wizjer? - jęknęła ze zniecierpliwieniem, otulając się szczelniej bluzą.
- Oczywiście, że nie. Wchodźcie.
Znów rozległ
się pisk i stalowe drzwi, prowadzące prosto do windy, rozsunęły
się, wpuszczając gromadkę do środka.
- Witam, jestem MUT, mechaniczne urządzenie transportujące, uprzejmie proszę o podanie numeru mieszkania, do którego mam państwa zawieść – rozległ się przyjemny kobiecy głos.
- Trzysta trzynaście.
MUT zawiozła ich pod
samo mieszkanie, w progu którego czekała już pani Fanningam,
na żywo nieco pulchniejsza i brzydsza. Spod różowego,
pluszowego szlafroka wyraźnie wystawał zaokrąglony brzuszek,
zapowiadający kolejne dziecko w rodzinie Fanningamów.
- Jak się czujesz, mamo? - uradowana Canada wpadła matce w ramiona i mocno ją wyściskała.
- Jak samochód dostawczy. – roześmiała się.
- Dzień dobry – Via nieśmiało wyciągnęła rękę w kierunku kobiety.
- Witaj, moja droga. - zignorowała gest, dłońmi objęła jej twarz i cmoknęła w nos – przyjaciele mojej córki są tu mile widzianymi gośćmi. Cóż... wrogowie też są mile widziani – tym razem zwróciła się do Jeffa.
- Mamo!
- Sama tak mówiłaś, cukiereczku. Moim zdaniem – przerwała na sekundę i musnęła czarny t-shirt Jeffa – pasujecie do siebie. To całkiem przystojny mężczyzna.
Obie twarze, jak na
zawołanie, pokryły się czerwienią. Can wygładzała rękaw
kurtki, a Jeff z zainteresowaniem przyglądał się swoim paznokciom.
- Ani mężczyzna, ani przystojny – skwitowała blondynka.
- Bardzo pani miła – odrzekł Jeff z uprzejmym wyrazem twarzy. - Widać, ta cecha nie jest dziedziczna.
- Dość już tych pogaduszek – powiedziała, wciąż nie przestając się uśmiechać. - W salonie czeka na was herbatka i ciastka.
Salon był ogromny,
jasny, podłoga wyłożona miękkim dywanem w odcieniu ecru idealnie
komponowała się ze ścianami, oklejonymi elektroniczną tapetą
ukazującą polanę pełną maków, uginających się pod
ciężarem delikatnych powiewów. Długa biała kanapa z
mnóstwem poduszek stała tuż obok okrągłego, szklanego
stołu, na którym piętrzyły się wypieki cukierni Ibis.
Łakocie przykuły uwagę blondynki i chłopca, jednak Via wciąż
z zaciekawieniem podziwiała pokój. Szczególnie
spodobały jej się ukryte szafy, które na polecenie
elektronicznej gosposi, wysuwały się zza ściany.
Usiadłszy uraczyła
się czekoladową babeczką z migdałami i upiła łyk jaśminowej
herbaty. Cały ten przepych wydawał jej się co najmniej
nienaturalny, choć setki razy widziała go w parlamencie, gdzie
obserwowała wszystko z daleka i marzyła o podobnym życiu. Nigdy
wcześniej nie została zaproszona do mieszkania państwa Fanningam,
Canada zawsze mawiała, że wstydzi się swojej rodziny, bo ojciec
miewa kochanki, a matka jest stanowczo zbyt szczera. Co dziwniejsze,
oznajmiała to zupełnie normalnym tonem, jak gdyby przywykła do
tego dawno temu.
* * *
Spojrzawszy na zegar,
Canada zerwała się z miejsca i pobiegła do swojego pokoju.
Wygrzebała z szafy długą, miętową suknię, upchnęła ją do
torby, która zawiesiła na ramieniu i pocałowała mamę w
policzek.
- Już siódma, muszę uciekać, pozdrów tatę – rzuciła naprędce i wybiegła z mieszkania, dając znak Vii i Jeffowi, że mają podążać za nią.
W drodze powrotnej
omówili plan powrotu.
- Przetnę las w tym miejscu. – Jeff wskazał jakiś punkt na wirtualnej mapie. - Jestem najszybszy i będę pełnił rolę zwiadowcy. Kiedy dotrę bezpiecznie, dam wam sygnał, a wtedy bez przeszkód dojdziecie do budynku mieszkalnego.
- Zapominamy – wtrąciła Can – o linie dyndającej z okna klasy.
- Trudno mi to przyznać, ale masz rację. Chyba pierwszy raz w życiu. Jak tylko znajdę się w pokoju, zgarnę plecak i udam się do klasy pani S.
- Myślisz, że nikt jej nie zauważył?
- Lepiej udać, że należy do kogoś innego? - mruknęła sarkastycznie Via.
Canada westchnęła
zrezygnowana i przyznała jej rację.
* * *
Las wydał się
Cracovii o wiele ładniejszym miejscem, niż przed paroma godzinami.
Poranne, ciepłe światło nadało mu wiele uroku. Rozbudzone ptaki
wyśpiewywały różnorakie melodie, co tylko umilało podróż. Jeff oddalił się od
nich już paręnaście minut temu, zerkała więc co jakiś czas na
nadgarstek, żeby nie przegapić wiadomości.
Poczuła drżenie, na
przegubie jej ręki wyświetlił się wąski, czarny pas.
- Co pisze? - zaciekawiona Canada szarpnęła dłoń przyjaciółki, która syknęła z bólu.
- Zaraz mi ją wyrwiesz, Can! - skrzywiła się.
- Dobra, przepraszam.
- Czysto. Mamy przejść przez placyk Napoleona, przy ławeczkach skręcić w lewo i ścieżką dojść do budynku mieszkalnego.
Tym razem Cracovia
ruszyła przodem, ostrożnie, kuląc się i co jakiś czas oglądając
za siebie. Przebyła ledwie parę kroków, nim coś ukłuło ją
w szyję Powietrze stało się dziwnie ciężkie i gęste, każdy
oddech sprawiał dużą trudność. Poczuła mrowienie w palcach u
stóp, które promieniowało do kolan, ud, a potem objęło
cały tułów. Kończyny, jakby wystrugane z drewna, nie
chciały słuchać jej poleceń. Świat nabrał całkiem nowych
kolorów, neonowych odcieni żółci i czerwieni,
przełamanych zimnem błękitu i ciemnej zieleni. Wszystko rozmazało
się w jedną gasnącą plamę, pochłanianą przez czerń.
Wierciła się na
twardym, drewnianym krześle, szukając wygodnej pozycji.
- Kochanie, może nałożyć ci fasolki? - spytała szczupła blondynka, w której rozpoznała matkę.
- Dziękuję, nie trzeba.
- Ona się odchudza! Ona się odchudza! - Brzdąc, który siedział obok niej, wystawił język i ciągnął się za uszy, w kółko odśpiewując trzy słowa, na melodię znanej jej piosenki.
- Vis, to nie prawda! - pisnęła, nie była zła, lubiła sielankowy nastrój panujący w domu. Błogi gwar, słyszalny niemal w każdym kącie.
Ojciec,
czterdziestopięcioletni, chuderlawy mężczyzna w okularach,
szczycący się gęstwiną ciemnych jak smoła włosów,
przyprószonych gdzieniegdzie siwizną, pogłaskał córkę
po głowie i ze stoickim spokojem rzekł:
- Nie musi, jest najpiękniejsza na świecie. No, prawie najpiękniejsza – sprostował po przemyśleniu – zaraz po swojej matce. - Posłał żonie jedno z tych spojrzeń, które mówiły, jak bardzo ją kocha.
- Lata mojej świetności już dawno minęły – roześmiała się pani Sanders.
Via
uważała, że to nieprawda. Jej mama, pomimo czterdziestu dwóch
lat oraz braku operacji, wciąż prezentowała się prześlicznie.
Miała w sobie blask, zawsze ubierała się schludnie i pięknie
czesała włosy, jej twarz pokrywała jedynie cieniutka siateczka
zmarszczek, dodająca jej dojrzałości.
- Via się odchudza! Via się odchudza! - kontynuował Vis, rzucając siostrę fasolką, z siłą, której czteroletni chłopiec nie mógł posiadać.
Cracovia
spojrzała w jego szare oczy, tak podobne do maminych, a one
rozjarzyły się żółtym światłem. Zaskoczona, stwierdziła,
że jego głos zmężniał.
- Cracovia! Cracovia, obudź się!
Uniosła powieki i
zobaczyła przed sobą latarkę, trzymaną przez strażnika. Wielkim
łapskiem machał jej przed oczyma, parę razy przez nieuwagę
trącając ją w głowę.
- Co się – co się stało? - wyjąkała.
- Uciekłyście. Znaleźliśmy was i potraktowaliśmy paralizatorem. Teraz znajdujecie się w EUI, przed gabinetem dyrektorki, której zaraz wyjaśnicie powód waszej nocnej nieobecności – wyjaśnił rzeczowym tonem.
Nigdzie nie było
Canady ani Jeffa. Wstała, na wszelki wypadek przytrzymując się
sofy, na której siedziała. Czuła się zaskakująco dobrze.
Ukradkiem zerknęła na zegar – była siedemnasta.
- Przespałam dziewięć godzin?
- Też się zdziwiliśmy. Teoretycznie użycie paralizatora jest bezpieczne, ale na wszelki wypadek kontrolowaliśmy twoje funkcje życiowe i wszystko było w porządku. Musiałaś być po prostu bardzo zmęczona. - podrapał się po łysej głowie i wzruszył ramionami.
- Dzięki za troskę – syknęła i weszła do maleńkiego pomieszczenia, wyłożonego panelami od podłogi, aż po sufit.
Pod ścianą stała
wysoka szafa, której pułki aż uginały się pod ciężarem
starych ksiąg, niektórych nawet sprzed dwóch tysięcy
lat, a naprzeciwko wejścia znajdowało się masywne biurko z
piaskowca, praktycznie puste – nie licząc bladożółtej
lampki. Za nim siedział chuda, wysoka kobieta, której
mysioszare włosy upięte były w niemożliwie ciasny kok,
odsłaniając lekko odstające uszy, przyozdobione brylantowymi
kolczykami. Usta zaciśnięte miała w wąską, bladą kreskę, nos
szpiczasty, a oczy ciemne, małe i głęboko osadzone. Śniada skóra
obciągnięta była praktycznie na samych kościach, głębokie wory
postarzały ją o co najmniej dziesięć lat.
Świdrowała Vię
wzrokiem, czekając na jakiś ruch z jej strony.
- Dzień dobry, pani dyrektor.
Kobieta wstała,
ubrana była w przylegający do ciała, granatowy kostium. Wskazała
Cracovii krzesło pod ścianą i trochę zbyt mocno, żeby nazwać to
pokrzepiającym gestem, popchnęła ją w kierunku wskazanego
miejsca.
- Siadaj! - rzekła oschle, bez cienia emocji.
Sama powróciła
na miejsce i pochyliła się nad biurkiem, kładąc splecione ręce
na blacie.
- Masz mi coś do powiedzenia, młoda damo?
- Przepraszam? - powiedziała niepewnie Cracovia, słowo przybrało formę pytania.
Dyrektorka skinęła
głową, jej mina wciąż była nieprzenikniona.
- Canada opowiedziała mi już o wszystkim. Znam szczegóły. Nie podoba mi się to, co zrobiłyście, jednakże nie zasługujecie na wydalenie ze szkoły. Od dziś, aż do końca semestru jesiennego, będziecie zgłaszać się po lekcjach do pań sprzątaczek, a one wyznaczą wam jakieś zadania. Ponadto jednorazowo otrzymacie dodatkowe zadanie domowe z przedmiotów takich jak: prawo powszechne, prawo Wyspy Ino, historia powszechna oraz ekonomia. Chciałam jeszcze powiedzieć – teraz jej wyraz twarzy zmiękł a ton złagodniał – zawiodłam się na tobie, Cracovio. Zawsze byłaś jedną z najlepszych uczennic. Towarzystwo Canady nie wpływa na ciebie pozytywnie.
Nie chciała nic na to
odpowiadać. Nie była zła na przyjaciółkę,
odpowiedzialnością obarczała się w równym stopniu, nikt
nie zmuszał jej do tej ucieczki. Pomimo wszelkich kar, bawiła się
świetnie i, gdyby mogła cofnąć czas, zrobiłaby to jeszcze raz.
- Czy mogę już iść?
- Do zobaczenia, Cracovio.
ulzylo mi kiedy okazalo sie, ze to Jess a nie straznik. Opisy genialne, szczegolnie opis mieszkania mamy Cracovii. Swietnie piszesz, potrafisz tak oddac to co dzieje sie dookola, ze ma sie wrazenie, ze stoi sie obok i widzi wszystko na wlasne oczy. Szkoda, ze nie udalo im sie wyjsc z tej przygody bez szwaku. Coz beda musialy odpokutowac .
OdpowiedzUsuńA korzystajac z okazji zapraszam do siebie na nowy rozdzial
www.nim-ci-zaufam.blogspot.com
zapraszam do siebie na nowy, jeszcze ciepły rozdział :)
UsuńNie wiem czy miałaś kiedyś kontakt z książkami Zafona, ale twoje opisy są moim zdaniem prawie tak dobre jak jego:) poza tym super pomysł z imionami. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńOjej gdzie ty się zapodziałaś? mam nadzieję, że to tylko chwilowa przerwa w dostawie nowych rozdziałów. Oby...
OdpowiedzUsuńwracaj prędziorem, bo mi tęskno :(
Prolog.
OdpowiedzUsuńPoczątek był genialny, naprawdę. Od razu wczułam się w atmosferę twojego opowiadania. Zdzwiłam się, kiedy z porologu wyszło, że trwa wojna. Bardzo trudna tematyka, uwierz mi. A tak poza tym to Ben jest dość miłym, starszym człowiekiem, który twardo stąpa po ziemi. Wie, że ucieczka nie ma sensu i z miłością wspomina o swojej zmarłej żonie, do której chce dołączyć. To takie smutne. Porolog bardzo mi się podobał, jak najbardziej zachęca do dalszego czytania.
Rozdział I część I
Myślałam na początku, że to będzie po prostu typowe opowiadanie o nastolatce żyjącej ileś tam wieków później. Ha, ale mnie zaskoczyłaś! I to w dodatku tak pozytywnie, naprawdę. Nie spodziewałam się tego, co przeczytałam i jestem jak najbardziej zadowlona, że zostawiłaś u mnie komentarz, a ja mogłam przeczytać Twój rozdział.
Pomysł z imionami jest genialny. Zamiast dawać dzieciom krótkich form imion, albo jakiś wymyślnych, zagranicznych, ludzie dają im nazwy krain, rzek, stolic. Pomysł naprawdę oryginalny. Ta cała "wyspa ino" wydaje się być taka tajemnicza. Jeszcze nie do końca rozumiem zasady działające w Twoim świecie, ale mam nadzieję, że to się zmieni.
Czasami nie wiem, czy piszesz o Can czy Van... to troszkę denerwuje.
Rozdział I część II
Ich plan był dość zgrabnie przemyślany i udało mi się wyjść. Zastanawia mnie ten sznurek wystający z okna, hahaha. Ciekawe, kiedy ktoś go w końcu zauważy. Końcówka bardzo tajmnicza. Fajnie, że nie muszę czekać na kolejny rozdział, bo jestem ciekawa tych "strażników". :)
Rozdział I część III
Czemu dziewczyny tak po prostu pozwolił Jeffowi z nimi współpracować? Mógł je wydać strażnikom, albo zrobić coś gorszego. Już się cieszyłam, że wyprawa po suknię się udała, a to bum! bohaterka na dywaniku u dyrektorki. Myślałam, że konsekwencje będą większe, a tu tylko jakieś dodatkowe zadania. Za sprzeciwienie się takich surowych przepisów powinny być ostrzejsze kary, a nie zadanie dodatkowe z historii, haha.
To na tyle, jeśli chodzi o rozdziały, bo więcej, niestety, ich nie ma. Moje pierwsze pytanie: dlaczego zapisujesz dialogi od kropek? To wygląda nieestetycznie i ciężko czyta się takie opowiadanie. A poza tym masz bardzo łądny styl, pięknie opisujesz. Czasami brakowało kilku przecinków, ale to już tylko drobnostki, prawda?
Jak przeczytałam Twój opis normalnie się zauroczyłam. Tak jak Ty KOCHAM KINGA I ZAFÓNA! <3 Moi ulubieni pisarze, którym mogłabym oddawać hołdy na kolanach. Nałogi też mamy podobne, jednak ja preferuję herbatę zamiast kawy.
Będę tu częściej zaglądać. Zyczę weny i miłego dnia,
Aithnne.