Rozdział I część I


Ciągle to jutro, jutro i znów jutro
wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia,
aż do ostatniej głoski czasokresu”

~William Shakespeare


Część I 

      Odłożywszy książkę, ułożyła się wygodnie na poduszce i przymknęła powieki. Nie minęła nawet minuta, gdy budzik głośnym alarmem oświadczył jej, że pora wstawać. W pierwszej chwili pomyślała, że to jakaś pomyłka i po omacku złapała, a następnie jednym kliknięciem uciszyła przedmiot. Mlasnęła, naciągnęła kołdrę po samą szyję i szybko odpłynęła w objęcia Morfeusza, z których tym razem wyrwało ją głośne pukanie do drzwi.
  • Godzina siódma! - obwieścił męski, donośny głos, bez cienia emocji.
         Otworzyła oczy i spojrzała przez okno. Mlecznoszarą mgłę przebijały jak miecze złotawe promienie wczesnego słońca Jeśli teraz nie wstanie, spóźni się na pierwszą lekcję. Przez krótki moment biła się z myślami, w końcu jednak zmusiła się, żeby wstać. Na biurku leżał podręcznik do historii powszechnej, zerknęła na niego niemal z obrzydzeniem. Wiedza o przeszłości była niezbędna do budowania nowego świata bez powtarzania błędów przodków, lecz napawała ją smutkiem i strachem. Skoro prawie dziesięć miliardów istnień zniknęło z powierzchni Ziemi w ciągu kilku lat, jak kruche mogło okazać się życie zwyczajnej dziewiętnastolatki? W jej głowie jak echo rozbrzmiewały rozliczne opisy ludzi zwijających się w konwulsjach, pokrytych pęcherzami i strupami, plujących krwią oraz stosów ciał leżących na śmietnikach. Gdyby ktoś spytał ją, czego boi się najbardziej, bez wahania odpowiedziałaby, że broni biologicznej.
       Ociągając się, założyła zwiewną sukienkę w kolorze zgniłej zieleni oraz szary, nieco za długi, ale za to bardzo ciepły sweter a swoje ciemne, proste włosy upięła w kok. Tak było najwygodniej. Następnie spakowała kilka książek, gruby zeszyt i długopis do sfatygowanego plecaka, towarzyszącego jej od czwartej klasy. Zegarek wskazywał siódmą czterdzieści pięć, więc postanowiła jeszcze przed lekcjami zajrzeć do swojej najlepszej przyjaciółki.
         Zamknęła pokój na klucz, który następnie schowała pod wycieraczką i ruszyła wąskim korytarzem, od podłogi do sufitu pokrytym nieskazitelnie białymi kafelkami. Pokonała kilkanaście metrów, wspięła się po drewnianych, lakierowanych stopniach i dotarła do wysokich drzwi w odcieniu ecru, z czarną prostokątną plakietką, wiszącą tuż nad judaszem, na której elegancką czcionką wypisano nazwisko „Fanningam”. Zastukała kołatką, przyczepioną na samym środku i nie czekając na zaproszenie przekręciła gałkę, a następnie wśliznęła się do środka.
  • Jeszcze niegotowa? - uśmiechnęła się krzywo do przyjaciółki, widząc, że ta męczy się z ułożeniem fryzury.
  • Cracovia! - dziewczyna pisnęła wesoło, ale nie przestała szarpać się ze swoimi blond lokami – Trochę się zaplątałam. Możesz mi pomóc?
       Cracovia skinęła głową i zabrała się do wyplątywania szczupłych palców Canady spośród gęstwiny jej długich, miękkich pukli.
  • W porządku, teraz wyglądają całkiem nieźle – rzekła z satysfakcją.
  • Jesteś wspaniała, Via – blondynka klasnęła w dłonie - Swoją drogą, dostałam wczoraj list od matki. Zdecydowali z tatą, że dadzą dziecku na imię Ottava. Ładnie, prawda?– zarumieniła się z przejęcia, a jej oczy rozjarzyły się radosnym blaskiem - Ottava była kiedyś stolicą Canady – wyjaśniła.
      To była niepisana reguła. Od kilkuset lat, rodzice nadawali swoim dzieciom imiona związane z ich pochodzeniem, jak nazwy miast, regionów pasm górskich i stanów. Ojciec Cracovii, San, nosił to miano na pamiątkę polskiej rzeki, natomiast imię jej matki - Brasilia, było kiedyś nazwą państwa w Południowej Ameryce. Pomimo mroku, spowijającego tamten okres, ludzie pragnęli pamiętać. Wiedzę czerpali z ksiąg, które przetrwały eksplozje oraz z opowieści, przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
  • Tak, to naprawdę piękne imię – potwierdziła brunetka a zaraz potem pospieszyła przyjaciółkę nerwowym gestem.

        Zaledwie dziesięć minut zajęło im pokonanie dystansu, jaki dzielił budynek mieszkalny od uczelni. Przeszły przez park, który tej jesieni ubrał się w wyjątkowo piękne kolory, począwszy od ciemnych czerwieni aż po intensywne brązy. Część liści opadła na ścieżkę, tworząc wielobarwny dywan, przyjemnie szeleszczący pod ciężarem stóp. Potężne drzewa wyciągały swe długie gałęzie w kierunku popielatego nieba, przypominając Cracovii dostojne postacie, wiecznie trwające w cichej modlitwie. Od czasu do czasu dało się zauważyć zwinne, rude wiewiórki z puszystymi kitami. Jesień w pełnej krasie, pomyślała Cracovia, kiedy, wchodząc do budynku, ostatnim spojrzeniem omiotła krajobraz.
       Uczelnia była wielopiętrowym budynkiem, który liczył sobie ponad siedemset lat, choć czas nijak nie odznaczył się na szarych, grubych murach. Z zewnątrz, szkoła wyglądała groźnie i surowo niczym dawne więzienia. Szczególnie skojarzenie to wzbudzały małe zakratowane okienka, przez które z ledwością mogli wyglądać tylko najwyżsi uczniowie, w większości i tak stając na palcach. Wchodząc do środka można było odnieść wrażenie, że drzwi są czymś w rodzaju teleportu. Schludny, minimalistycznie urządzony hol biegł przez całą długość piętra, po jego lewej stronie znajdowały się klasy w odcieniach różu, z kilkunastoma pojedynczymi ławkami, zieloną tablicą i portretami ważnych dla trzeciej ery osobistości. Naprzeciw nich mieściły się pomieszczenia gospodarcze, pokoje nauczycielskie i łazienki. Kręte schody z granitu prowadziły na pierwsze piętro, gdzie swoje gabinety mieli: pielęgniarka, sekretarka i dyrektor. Wyżej mieszkali pracownicy szkoły, lecz uczniom nie można było tam wchodzić.
       W klasie pani Stevens jak zwykle było ciepło i duszno, Cracovia poczuła, że materiał ubrania przykleja jej się do ciała. Chciała doskoczyć do okrągłej okiennicy, ostatecznie jednak dała sobie spokój i po prostu zdjęła sweterek, wieszając go na oparciu krzesła.
       Po chwili w sali zjawiła się nauczycielka historii powszechnej, wysoka, trzydziestoparoletnia kobieta, o smukłej sylwetce. Rozczochrane włosy sterczały na wszystkie strony, a okulary grubości denek od butelek co jakiś czas ześlizgiwały się jej z długiego nosa. Canada często powtarzała, że poczesana i bez okularów, pani Stevens byłaby „niezłą laską”, ale niestety belferka nigdy nie się nie czesała, a soczewki wydawały się jej nader zbędnym luksusem. Może dlatego wciąż była samotna, choć znalazłoby się ku temu jeszcze kilka powodów, jak na przykład chorobliwa fascynacja historią. Kobieta znała wszystkie fakty od ery Wspaniałych Wynalazków , poprzez erę Wielkich Wojen, aż po czasy teraźniejsze. Mieszkała z Carlem, białym pitbullem, najleniwszym psem, jakiego widział ten świat. Zwierzę nigdy nie spacerowało dalej niż na czwarte piętro (a Jamajka Stevens mieszkała na piątym) i było tak grube, że ledwo mieściło się w drzwiach.
     Cracovia zajęła miejsce w ostatniej ławce, w jednym ze środkowych rzędów i jeszcze raz w głowie powtórzyła przeczytany materiał.

*  *  *

  • Bezsensownie spędziłam całą noc na nauce! - orzekła zirytowana Cracovia, nie mogąc zapomnieć o siedmiu szklankach kawy, które pochłaniała z zawrotną szybkością, żeby jej mózg jakoś działał. - Zadanie: „opisz wojnę, która, twoim zdaniem, była najgorszą ze wszystkich” ma podsumować cały mój semestr nauki? To chyba jakaś kpina.
  • Nie narzekaj Via – Canada próbowała uspokoić jakoś przyjaciółkę – dostaniesz piątkę, a to chyba najważniejsza – uśmiechnęła się promiennie.
  • Wcale nie... - odparła, lecz nagle przystanęła przy szafce, która znajdowała się w wilgotnej piwnicy i wbiła wzrok w jeden punkt.
       Canada także spojrzała w tamtą stronę i dostrzegła Matta Fabe'a, który stał, nonszalancko opierając się o ścianę. Czarna marynarka, narzucona na biały t-shirt idealnie komponowała się z ciemnymi jeansami. Lekko przekrzywiony kapelusz pozwalał na dostrzeżenie jedynie kępki krótko przystrzyżonych włosów w odcieniu złota.
  • Przestań się w niego wgapiać, bo zaraz wywiercisz mu dziurę w głowie! - upomniała przyjaciółkę – albo w koszulce – dodała po chwili z figlarnym uśmieszkiem.
  • Ale on jest boski – jęknęła Via – i nigdy na mnie nie spojrzy - dodała ze smutkiem.
      Cicho westchnęła. Massachusetts Fabe był jej miłością od siódmej klasy. Pierwszego dnia na Elitarnej Uczelni Ino wszystko było dla niej nowe i nieznane. Pogubiła się w plątaninie korytarzy, choć wydawało jej się, że podążała zgodnie z mapką szkoły, którą ściskała w spoconych ze zdenerwowania dłoniach. Rozglądając się, próbowała znaleźć jakiś punkt orientacyjny, ale poza kilkoma jarzeniówkami, zwisającymi smętnie z białego sufitu i mnóstwem zamkniętych drzwi, nie było tam niczego.
      Właśnie wtedy na horyzoncie pojawił się on: jasnowłosy, wysoki chłopak, pachnący cynamonem. Podeszła do niego nieśmiało i zapytała o drogę. Odburknął jej wtedy coś w stylu „spieszę się”, a potem złapał za rękę i w biegu, pociągnął tam, gdzie chciała się dostać. Na koniec obdarował ją przepięknym uśmiechem i dodał, że może na niego liczyć, gdy znowu się zgubi. Przeprosił za pośpiech i zniknął. To wystarczyło. Ciepło i miękkość jego dłoni, blask miodowych oczu, szerokie barki, to wszystko wryło się w pamięć Vii, nigdy jednak nie odważyła się ponownie poprosić go o pomoc.
      To dlatego każdej nocy myślała tylko o tym, co zrobić, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Pomimo upływu trzech lat od tamtego zdarzenia i wielu propozycji, Matt nigdy nie był w dłuższym związku, co dawało jej złudny powiew nadziei.
  • Jesteś śliczna, Via. Jestem pewna, że na balu olśnisz go swoją kreacją – odparła entuzjastycznie Canada.
  • Can... - Cracovia głośno przełknęła ślinę – nie idę na bal.
       Blondynka zmarszczyła czoło i przygryzła wydatną wargę. Potrząsnęła energicznie głową, ale w jej ustach nie pojawiło się ani jedno słowo. Cracovia oczekiwała nieco innej reakcji, może jakiegoś krzyku. Bal, który zwieńczał letni semestr, był najważniejszym wydarzeniem odbywającym się w murach tej szkoły, ale Via nie miała ochoty na to całe szaleństwo. Nie przepadała za tłumnymi miejscami, a taniec nie był jej ulubionym zajęciem. Właściwie nie kupiła nawet sukni.
  • Jesteś pewna, że chcesz zmarnować taką szansę? Jesteś pewna, że chcesz zostawić mnie samą? - drugie pytanie zadała z wyrzutem, który boleśnie ukłuł Cracovię w serce.
      Podsumowała wszystkie „za” i „przeciw”, w ostateczności zauważając, że samopoczucie Canady jest ważniejsze niż jej i, że tego jednego wieczora w roku może rzucić się w wir zabawy, choćby były to dla niej tortury. Wciąż jednak nie rozwiązała problemu kreacji.
  • Nie mam w czym iść, a bal jest w piątek – rzekła ponuro.
      Canada klasnęła uradowana.
  • W swoim domu mam piękną suknię, która nada się idealnie – odparła zadowolona – wymkniemy się około piątej, wszyscy wiedzą, że strażnicy mają wtedy zmianę warty. Będziemy miały trzy minuty, żeby niezauważenie wyjść z budynku – objaśniła.
      Uniwersytet Elitarny Ino był, podobnie jak większość szkół średnich, szkołą z internatem, położoną tuż obok Parlamentu Wyspy Ino oraz połączoną z nim jakimiś podziemnymi korytarzami. Parlament, najważniejszy budynek na całym kontynencie, zamieszkany przez rodzinę królewską, doradców głowy państwa i najważniejszych urzędników, służył również jako skarbiec oraz sejf, strzegący najistotniejszych dokumentów. Dlatego na UEI zasady były nieco ostrzejsze, niż na innych uczelniach. Kontaktowanie się z rodzinami w trakcie tygodnia szkolnego, który zaczynał się w poniedziałek, punktualnie o 8:00, a kończył w sobotę o 17:00 było surowo zabronione. Przy wejściach zawsze stała para strażników, wyposażonych w nader często używane paralizatory i broń palną, która miała stanowić nieme ostrzeżenie.

  • Nie ma mowy! - zaoponowała Cracovia, złowrogo machając palcem wskazującym tuż przed nosem Canady.

3 komentarze:

  1. Ciekawie, oryginalnie i tajemniczo. Bardzo wyszukany język jak na licealistkę. Jestem pozytywnie zaskoczony, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. TO. OPOWIADANIE. JEST. REWELACYJNE!!!
    Mimo, że to dopiero pierwszy rozdział, jestem o tym przekonana, że nie wypadniesz z formy :)
    To w jaki sposób opisałaś uniwersytet było genialne, miałam wrażenie, że piszesz o jakimś więzieniu dla najgorszych zwyrodnialców. Szare, grube mury, mrok pomieszczeń. Czuć było dreszczyk emocji. A pomysł z imionami pochodzącymi np od miast dla mnie bomba, jak ty na to wpadłaś ???
    Mam wrażenie, że na tym balu stanie się coś złego.. Mam nadzieję, ze to tylko moje głupie przeczucie.

    http://nim-ci-zaufam.blogspot.com/
    Pozdrawiam i oczywiście obserwuję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż nie rozczarowałaś mnie pierwszym rozdziałem. Jest równie dobry co prolog. Dałaś kilka ciekawych wątków. Imiona i ta cała wyspa. Mam nadzieję, że opiszesz jak doszło do tej całej katastrofy. Niezwykłe są twoje opisy. Zarówno świata jak i uczuć. Chciałabym tak lekko pisać.
    http://dziennikidestiny.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń