Nie
bój się jutra
„Historia –
świadek czasu, światło prawdy, życie pamięci, nauczycielka
życia, zwiastunka przyszłości”
~Cyceron
Na
opustoszałej ulicy znajdowało się mnóstwo porozbijanych
samochodów i szkła. Wieżowce pożerał wściekle czerwony
ogień, zostawiając po sobie tylko zgliszcza. Co jakiś czas dało
się słyszeć huk dział armatnich, zagłuszany przez krzyki
rozpędzonych przechodniów, taranujących się nawzajem i
obsesyjnie zasłaniających usta. Choroba czaiła się na każdym
kroku, niemalże co minutę ktoś padał na ziemię, z trudem łapiąc
powietrze. Nieznośny odór potu, krwi i zgnilizny wbijał się
w nozdrza niczym szpada, wykrzywiając ubrudzone sadzą twarze w
okropnym grymasie. Dym wyciskający z oczu karmazynowe łzy wciskał
się w płuca z siłą tornada, bezwzględnie dusząc swoje ofiary.
Park, dotychczas miejsce odpoczynku, stało się placem bitwy ze
śmiercią.
Tymczasem
Ben Whilden, siedemdziesięcioletni emerytowany wykładowca, siedział
wygodnie na jednej z wielu pustych zielonych ławeczek, tuż pod
rozłożystym dębem i rozkoszując się Marlboro, przewracał stronę
w tygodniku Londyńskim. Jego twarz nie wyrażała żadnych
negatywnych emocji, wypisane na niej zainteresowanie nie zawierało w
sobie choćby cienia strachu. Czytał właśnie artykuł sprzed
miesiąca o podwyżkach cen paliwa.
- To straszne – rzekł sam do siebie w nagłym przypływie irytacji i ściągnął brwi – żeby tak okradać ludzi. Nie dam im złamanego funta, wszędzie będę chodził piechotą! - postanowił.
Jego
uwagę zwróciło zdjęcie szczęśliwej pary na ślubnym
kobiercu, zatytułowane: młody aktor i słynna piosenkarka
właśnie wzięli ślub. Pomyślał o pięknej brunetce, o jej
małych zielonych oczach i cudownych ustach, szepczących tak.
Wtem,
ktoś szarpnął go za ramię i wszystkie fantazje odpłynęły w
ciągu sekundy.
- Zwariował pan?! Mamy wojnę! - krzyknął wysoki, przystojny młodzieniec i pociągnął starca, aby pomóc mu wstać.
Zdziwiony
Ben zerknął na przerażonego chłopca, który nie mógł
mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat i zupełnie nic nie
wiedział o życiu.
- Mnie się nigdzie nie spieszy – stwierdził obojętnie - Wiesz, dwa lata temu umarła Cristine, mój skarb, moja żona i właściwie już dawno chciałem do niej dołączyć. Zresztą, ucieczka i tak nic nie da. - machnął ręką na potwierdzenie swych słów i wrócił do przeglądania gazety.
- Wariat – skwitował chłopak i przysiadł się do starca - Mógłbym się poczęstować? - wskazał na paczkę papierosów.
- Ten nałóg jest jak wyrok śmierci – odpowiedział Ben i nieoczekiwanie ryknął śmiechem, lecz podał opakowanie chłopcu.
- Wariat – powtórzył.
Minęło
kilka chwil a potem ich mały skrawek świata rozpadł się na
kawałki. Nie zostało już nic.
***